Moja Historia

Chwilowa Niepoczytalność

( Część 37 )

 

Zbliżał się koniec czwartego miesiąca, odkąd mąż miał ostatnią rozmowę z Puerto Rico. No cóż, tak tam pracują.

 

Czekając na odpowiedź, mąż miał również inną rozmowę. Tym razem się doczekaliśmy. Hotel był w Szwajcarii i to jeszcze gdzie, w St. Moritz, w górach. Tam, gdzie zawsze chcieliśmy pojechać. Czyż to nie piękne, że po tak długim oczekiwaniu wreszcie dostaliśmy taką szansę, aby się przenieść na ląd i to jeszcze w tak pięknej okolicy? Wreszcie będziemy mogli normalnie się poruszać, bez stresu latania samolotami, czy płynięcia promem. Po prostu wsiądziemy do samochodu i ruszymy przed siebie 😁.

 

Wszystko działo się tak szybko, że w kilka dni odbyły się wszystkie rozmowy i została przedstawiona oferta słowna. W tym czasie Hector, były pracownik męża z Bahrajnu, który przeniósł się do Puerto Rico kilka miesięcy wcześniej, dorzucił swoich parę groszy, które najwidoczniej pomogły im w podjęciu decyzji. Następnego dnia mąż dostał maila z ofertą pracy z Puerto Rico.

 

 

I znowu to samo. Zawsze jest tak, że albo nie ma nic, albo jest do wyboru. Tak samo było z Kanadą. Kanada czy może jednak Londyn? Pamiętacie, co wybraliśmy. Oczywiście to, co było dla nas trudniejsze. To dlaczego teraz miałoby być inaczej. My zawsze musimy sobie utrudniać, bo dlaczego nie 😉. Pewnie się już domyślacie, co się stało. Oczywiście wybraliśmy Puerto Rico, przecież to bliżej domu, wszędzie można się poruszać samochodem, nie trzeba latać samolotem ani płynąć promem. Po prostu wszystko w zasięgu ręki 😉. No naprawdę coś nam się rzuciło na głowę. Jakaś chwilowa niepoczytalność nas ogarnęła. Kto o zdrowych zmysłach, chcący być bliżej swojego kraju, odwraca się tyłem i idzie w drugim kierunku, no kto? No, my! A któż by inny. Po co wziąć marzenie podane na tacy i cieszyć się jego spełnieniem, jak można się jeszcze potułać po świecie. Przecież to tylko sześć toreb, sześć podręcznych, wielki pies z olbrzymią klatką, największą, jaka chyba istnieje dla psów i całym dobytkiem zapakowanym do kontenera. Proste, nie? My to już chyba jesteśmy uzależnieni od tułania się po świecie. Jak już jesteśmy sześć miesięcy w nowym miejscu, to przyznam się, że ja już jestem gotowa do kolejnej przeprowadzki. Mąż też specjalnie nie odbiega ode mnie, bo on już przy zbliżającym się roku pobytu, też jest gotowy. Tylko ze względów profesjonalnych jesteśmy dłużej, ale my zaczynamy się już męczyć. To pewnie wydaje Wam się dziwne, ale niestety tak jest.

 

 

Mąż zaczynał pracę we wrześniu, czyli niewiele mu czasu zostało na cokolwiek. Ze względu, że przenosił się w tej samej firmie, miał miesięczne wypowiedzenie po uprzedniej zgodzie szefa. W innym przypadku musiałby mieć trzy miesiące, bo tak jest na Bliskim Wschodzie i na Karaibach niestety też. Standardowo również gdy już zdecydowaliśmy się na którąś z ofert, po podpisaniu kontraktu, pojawiła się kolejna. Tym razem do Egiptu. To akurat żadna strata, bo tam byśmy nie pojechali.

 

Po powrocie męża z wakacji do Bahrajnu nadszedł czas załatwiania spraw związanych z wyjazdem. Najważniejsza była wiza do Stanów. Na szczęście nie było problemu z jej dostaniem. 10 września mąż miał spotkanie w celu odebrania wizy. Potem to już wszystko bardzo szybko się potoczyło. Trzeba było ogarnąć całą przeprowadzkę z Irlandii do Puerto Rico. Tak naprawdę musieliśmy zabrać ze sobą cały nasz dobytek, bo już nie planowaliśmy wracać.

 

 

Bilet na lot do Puerto Rico był podzielony na dwie części. Pierwszy miał na 15 września do Dublina, abyśmy mogli jeszcze kilka dni spędzić razem. Drugi był na 19 września i tego też dnia mąż rozpoczął swoją nową przygodę po przeciwnej stronie globu.

 

Wasza,

Chwila dla Ciebie

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.