Moja Historia

„Czworokąt”

( Część 6 )

 

Mąż rozwijał swoją karierę zawodową w błyskawicznym tempie, a ja rozwijałam naszą rodzinę. Może nie aż w tak błyskawicznym, ale nie odstawałam w tyle 😉.

W międzyczasie udało nam się wybrać na drugą dalszą wycieczką w Irlandii, która niespodziewanie zakończyła się zwiedzaniem. Pierwotnie jechaliśmy zobaczyć piękną plażę, z niby białym piaskiem, którą zachwycali się wszyscy Irlandczycy, a w rzeczywistości szału nie robi, bo w Polsce głównie są takie plaże 😁; trafiliśmy na południe Irlandii do Irlandzkiego Parku Dziedzictwa Narodowego w okolicach Wexford. Możecie przeczytać co nieco na ten temat w Podróżach oraz zobaczyć kilka zdjęć, jakie udało mi się odnaleźć z tej wycieczki. W Galerii znajdziecie również inne zdjęcia, które już się pojawiły i te, które pojawią się we wpisach, a także takie spontaniczne, niekoniecznie z czymś związane 😁.

Do tego czasu zamieniliśmy już nasz pierwszy samochód na nowszy. Oczywiście w kredycie, bo jakby inaczej. Kredyt to chyba nasze drugie ja. Jak tak głębiej by się zastanowić, to można by pomyśleć, że chyba żyjemy w „trójkącie. Ja, mąż i kredyt 🤪. Ale tak na poważnie, to muszę Wam powiedzieć, że jak zwykle długo nim się nie nacieszyliśmy. O!!! Przepraszam, bym Was oszukała… nie w „trójkącie tylko w „czworokącie. Jeszcze lepiej, nie 😆. Zapomniałam o najwierniejszym naszym partnerze od początku naszego małżeństwa, czyli „pechu. Moi drodzy! Przedstawiam Wam moich „partnerów życiowych: mąż, pech i kredyt 😉. 

Wracając do naszego nowego samochodu. Samochód był super. Jeździł cichutko, szybciutko, miał sporo bajerów, ful wypas 😉. Pewnego późnego wieczoru, gdy mąż wracał z pracy, a dodam, że wolno nie jechał 😉, wybiegł mu na autostradę lis. Pech chciał, że centralnie pod auto. Zachrobotało coś pod kołami i po lisie 🦊😥. Następnego dnia, gdy podeszliśmy do auta, doznaliśmy szoku. Cała chłodnica rozwalona i jeszcze resztki lisiego futra pozostały 😳. Dobrze, że chociaż udało mu się dojechać z tą rozwaloną chłodnicą pod dom, a nie utknął na środku autostrady w środku nocy z lisem pod kołami. No sami powiedzcie. Czy to nie jest pech?! Nowy samochód i już do naprawy. Tylko usiąść i płakać. Ok. Przejdźmy dalej. Samochód został naprawiony, dodam, że przez irlandzkich fachowców, tak na wszelki wypadek 😉. Pojeździliśmy nim dosłownie kilka dni i zaczęło się w nim coś psuć. Zaczął się „dusić. Podjechaliśmy do serwisu. Okazało się, że panowie fachowcy tak naprawili nam auto, że woda dostawała się do silnika. Naprawili, według nich oczywiście. Doświadczeni ich fachowością stwierdziliśmy, że sprzedamy go, gdyby za chwilę znowu coś mu zaczęło dolegać i kupimy inny. I tak też zrobiliśmy. Kupiliśmy zwykły, starszy, mały samochód taki, żeby trzy foteliki się zmieściły z tyłu. Zgadnijcie, jaki to był? Nie uwierzycie! Polo. Zwykły malutki Polo. Foteliki mieściły się na ścisk. Ważne, żeby drzwi się zamykały 😜. I wiecie co? Najlepszy samochód, jaki nam się trafił do tej pory w Irlandii. Jechaliśmy po niego ze 2,5h w jedną stronę, ale było warto. Śmigał jak zdjęty z linii produkcyjnej 😉. Zero zastrzeżeń. A poprzedni? Roczny, nowy, wypasiony i do tego pechowy. Jak widać, nie wszystko złoto co się świeci 😁. Myśleliśmy, że jak kupimy sobie nowy samochód, na gwarancji, to nie będzie nam się psuł. A tu proszę jaka niespodzianka. Nie ma tak dobrze. Za nudno by było w naszym życiu, gdyby się jak zwykle coś nie schrzaniło. Atrakcje u nas na każdym kroku 😁. 

W tym też roku polecieliśmy na wakacje, no gdzie..? Kto zgadnie? Do Polski!!! Prawda, że ciężko było zgadnąć 😉. Standardowo oczywiście. Dzieci u dziadków, a my z malutką biegaliśmy po Warszawie i załatwialiśmy jak zwykle różne sprawy, które trzeba było załatwić. Wakacje – marzenie! Jak co roku. Ale nie ma co narzekać. Lepsze takie, niż siedzenie w Irlandii i patrzenie przez okno, czy dzisiaj urywa głowę, czy może śmingus-dyngus będzie 😉. 

Od września znowu szkoła. Rutyna powraca. Przyznam się szczerze, że lubiłam mieć taką rutynę, bo przynajmniej jakoś ten dzień mi mijał, i z jednym dzieckiem miałam więcej czasu na porobienie wszystkiego, co konieczne. Potem obiad, praca domowa, wyjście na spacer i już szykowanie do spania. I tak mijał dzień po dniu, aż do zbliżających się narodzin naszej drugiej córeczki. Tydzień przed, przyleciała do nas bliska memu sercu Agusia ze swoją córką Oliwką. Pokazaliśmy im trochę okolicy i spędziliśmy trochę czasu razem, co bardzo dobrze wpłynęło na poprawę mojego nastroju, szczególnie przed porodem. Przyjazd był powiązany z ewentualną możliwością zostania z dziećmi w domu podczas, gdybym była w szpitalu. Tak jak poprzedni zresztą, gdzie na dwa tygodnie przyjechały do mnie ciocia z moją siostrą cioteczną Karolą. Moje kochane dziewczyny 😍. Ile mi wtedy nerwów zaoszczędziły, to tylko ja wiem. I tak wystarczająco ich mieliśmy i dodatkowy, a jeszcze tym bardziej taki, nie był mi potrzebny. Wracając do Agusi. Niestety córeczka zdecydowała, że jeszcze poczeka i z ciocią się nie zobaczy 😉. Aguś zamieniła się z moją mamą i przez kolejne dwa tygodnie nie miałam stresu, kto zostanie nam z dziećmi, kiedy przyjdzie czas porodu. Jedynym stresem było to, czy mąż zdąży przyjechać z pracy, żeby ze mną pojechać, bo nie dość, że pracował 50 km od domu, to jeszcze do szpitala trzeba było jechać w drugą stronę kolejnych 15 km. Na szczęście był tego dnia w domu. UFF!!! Jestem bardzo wszystkim wdzięczna i każdemu z osobna 🧡.

Wkrótce urodziła nam się druga córeczka. Mała kuleczka z czarną czuprynką. Od pierwszych dni przyjścia na świat uwielbiała leżeć na brzuszku z podkulonymi nóżkami; wyglądała jak malutka „żabka”. Ta właśnie „żabka” „uratowała” moje życie 😍. Będziecie mogli o tym przeczytać w kolejnym wpisie.

 

Wasza,

Chwila dla Ciebie

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.