Moja Historia

Depresja

( Część 5 b )

 

Ten wpis nie będzie należał do najradośniejszych, ale wręcz przeciwnie. Z uwagi, że jest to blog osobisty, opisujący w pewnym sensie moje życie, to uważam, że również i ten wpis powinien się tu znaleźć. 

Tak więc zaczynamy i tę historię.

 

 

Pierwsze lata pobytu w Irlandii nie były dla nas lekkie i kolorowe. Zresztą sami już coś nie coś wiecie z wcześniejszych wpisów. Ja z natury jestem osobą otwartą, towarzyską i aktywną. Pobyt w Irlandii zmienił mnie bardzo. Śmiem stwierdzić, że nawet o 180° w pewnym momencie. Przyjeżdżając do Irlandii, „przywiozłam ze sobą” zapas swoich sił, energii i pozytywnego myślenia. Jak się z czasem okazało, na długo to nie starczyło. Te wszystkie problemy, które pojawiły się na samym początku i ciągnęły się przez cały czas, zwalczałam tym, co „przywiozłam ze sobą”. Potem zostałam bezbronna i dodatkowo atakowana (nieświadomie) z zewnątrz, jak się później okazało przez zachowanie osób mnie otaczających. Te piętrzące się problemy, wiecznie wyrastające przed nami, jak grzyby po deszczu; ludzie, których spotykaliśmy na naszej drodze i którym pomogliśmy, a jak się potem okazało, chyba lepiej byłoby nie pomagać; te wieczne oczekiwania ludzi nie zwracając uwagi na nasze potrzeby i wiele innych. Doszło jeszcze zajmowanie się domem i dziećmi, gdy wstawałam w nocy, gdy tylko córeczka zaczynała płakać, żeby nie obudziła męża, aby on mógł się wyspać, bo wracał przed północą, a wstawał o świcie. Doprowadziło to do tego, że spałam ok 4 godzin w nocy z przerwami, bo gdy się obudziłam i uspokoiłam, bądź nakarmiłam małą, to potem ciężko mi było zasnąć. Gdy już udało mi się zasnąć, za chwilę znowu musiałam wstać i tak na okrągło. Nawet nie wiem, kiedy doprowadziłam się do stanu, z którego potem ciężko mi było wyjść. Dodatkowo ani pogoda, ani brak znajomości angielskiego i to, że byłam z tym wszystkim sama, mi w tym nie pomagała. Nie dość, że musiałam żyć z angielskim, to do tego doszła jeszcze depresja, jak się okazało. Było nieciekawie, powiem Wam szczerze. Ze względu, że mieszkałam w Irlandii i nie mogłam mieć żadnej terapii (brak znajomości języka 😞), zaczęłam brać leki. Po 2 tygodniach od razu było widać zmianę, ale to tylko chwilowa poprawa; taki szok dla organizmu. Potem znowu spadek i dopiero powoli rozpoczynało się leczenie.

Te wszystkie sytuacje i problemy zbierały się do kupy, aż w pewnym momencie mój mózg już nie dał rady tego unieść. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek depresja może mnie dopaść. Teraz już wiem, że wszystko się może zdarzyć. Był to najcięższy okres w moim życiu. Najgorsze było to, że trwał dość długo i osoby otaczające mnie czasami, zamiast mi pomagać, jeszcze bardziej pogłębiały ją; całkiem nieświadomie.

Ja jestem osobą pedantyczną i bardzo zorganizowaną. Wszystko zawsze miało swoje miejsce i najbardziej czego nie cierpię! to bałaganu. Depresja doprowadziła mnie do tego, że nawet kurz na meblach stał się moim „przyjacielem”, co kiedyś byłoby nie do pomyślenia. Potrafiłam cierpliwie wpatrywać się w niego bez jakiejkolwiek złości, że muszę go stamtąd zetrzeć. Po prostu patrzyłam, jak przybiera „na masie”. To była taka cicha wojna między nami. Kto pierwszy się podda. Uwierzcie mi, dzielnie walczyłam. Nawet bez większego wysiłku, ale w pewnym momencie musiałam się poddać. Jakby nie było, nie mieszkałam sama. Dodam jeszcze, że w tym czasie, moja siostra cioteczna, o której wspomniałam wcześniej znowu z nami zamieszkała. Nie wypadało doprowadzić mieszkania do stanu, jakby cały rok leżał śnieg na meblach 😉. Raz na jakiś czas musiałam wywiesić białą flagę 🏳, dla zdrowia reszty rodziny, chociażby 😀, bo mnie on absolutnie nie przeszkadzał w tamtym czasie 😉.

Straciłam chęci do czegokolwiek. Nie miałam siły nic robić. Podstawowe obowiązki i potrzeby były dla mnie ogromnym wysiłkiem. Straciłam całą radość z życia. Najlepiej zamknęłabym się w domu i siedziała w czterech ścianach, z dala od ludzi. Każda próba wyjścia na jakąś wycieczkę nabierała dla mnie rozmiarów wyprawy na Antarktydę albo na Księżyc 🤔. Myślałam sobie: „Po co? Jest brzydka pogoda. Możemy pojechać innego dnia”. Każda wymówka była dobra, która była skuteczna. Tylko po co, tak naprawdę?

Jednymi momentami, które tak naprawdę wyciągały mnie z tego stanu, były wyjazdy poza Irlandię oraz narodziny dziecka. Wtedy wchodziłam w taki stan euforii, która pozwalała mi zapomnieć na chwilę o tym, co mam na co dzień. Niestety były to tylko chwilowe „pocieszacze”, które jak już minęły, stan depresyjny powracał i znowu wszystko wracało do „normy”. 

Musiałam żyć z depresją i jednocześnie powoli próbować ją zwalczać. Łatwo nie było, ale wreszcie się udało i wierzę, że już nie wróci.

 

Wasza,

Chwila dla Ciebie

6 komentarzy

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.