Moja Historia

Deszczowy Las i inne atrakcje

( Część 42 )

 

 

Jak wspomniałam we wpisie Witaj Puerto Rico! córki Giselle mówiły po angielsku bardzo dobrze. Wszystkie trzy uczyły się w domu, żadna nie chodziła do szkoły stacjonarnej. To nazywa się u nich „homeschooling” i one akurat uczyły się po angielsku. Raz na jakiś czas spotykały się z innymi dziećmi, które też uczyły się w domach, na jakieś projekty i inne tego typu spotkania.

 

Spotkanie osób uczących się w domach na wystawieniu swoich projektów na temat jakiegoś kraju

Przez pierwsze kilka dni, też przeszło nam przez myśl, żeby dzieci uczyły się tak jak one, bo łatwiej by im było po angielsku, ale szybko otrząsnęłam się z tego amoku i zaczęłam realnie myśleć. Nie wiem, jakiegoś zaćmienia chwilowego dostałam. Jak mogłam pomyśleć, żeby całe dnie siedzieć w domu z czwórką dzieci i jeszcze stresować się czy obrabiają lekcje, czy cokolwiek z tych lekcji się uczą. Całe szczęście, że oprzytomniałam na czas i jednak wysłaliśmy ich do stacjonarnej szkoły. Przynajmniej co nieco nauczyli się hiszpańskiego i jakichś nowych znajomych poznali, a tak to by siedzieli wiecznie w domu i ani nauki, ani znajomych by nie było. Zresztą można sobie wyobrazić, jak to by mogło wyglądać. Spaliby, do nie wiadomo której, bo przecież czas mają cały dzień, więc zrobią później, a tak to na godzinkę 8:00 do szkoły, swoje odsiedzieli, nauczyli się czegoś i w domu praca domowa do odrobienia. 

 

Standardowo robiłam za taksówkarza dla wszystkich. Najpierw dzieci do szkoły odwiozłam, a potem męża do pracy. Zakupy w dalszej kolejności i powrót do domu. Oczywiście wyjście z psem na spacer i gotowanie obiadu, bo wbrew pozorom nasze dzieci po zjedzeniu obiadu w szkole i tak wracały do domu i były głodne.

Nasz telewizor na tle ściany salonu patrząc z miejsca na sofie

Jak już się ogarnęłam z rozpakowywaniem i jako tako można było mieszkać, okazało się, że telewizor, który mieliśmy w naszym domu w Irlandii, który stał przy ścianie i zajmował 3/4 ściany, w Puerto Rico ledwo go było widać. Strasznie dziwne uczucie. Nagle jakbyśmy zmienili telewizor 40” na 15” ekran monitora i dodatkowo oglądaliśmy go z drugiego końca salonu (a mały nie był) 😉.

 

Nasz druga prawie „prywatna” plaża

Nadszedł czas większego spokoju i większej ilości czasu wolnego. Znaleźliśmy niedaleko naszego domu drugą plażę. O wiele większą i dużo ładniejszą. Ta również okazała się „prywatna”. Mało kto na nią zaglądał. Być może dlatego, że plaża należała do hotelu, który niestety został zamknięty po huraganie Maria, jaki przeszedł przez Puerto Rico. My znaleźliśmy takie tajemne przejście, które prowadziło wzdłuż ogrodzenia prosto do plaży. Widok piękny. Piasek biały. Woda seledynowa, turkusowa, niebieska, jaką kto woli.

 

W Parku Gran Parque Agroturístico Ecológico Recreativo El Dorado

Powoli zaczęliśmy  zwiedzać okolicę. Najpierw trafiliśmy do pobliskiego parku Gran Parque Agroturístico Ecológico Recreativo El Dorado, gdzie dzieci mogły zobaczyć różne zwierzęta, nawet pogłaska i nakarmić.

 

Radość z kontaktu ze zwierzętami 😊

Była też strefa z placem zabaw dla dzieci. Ogólnie bardzo duży, piękny, zielony teren. Największą atrakcją był 100-letni żółw i karmienie cielaków. Wypad bardzo udany 😊.

 

Spotkanie ze 100 letnim żółwiem 🐢

Z powodu upałów i braku basenu przy domu, kupiliśmy dzieciom basen pompowany, dla schodzenia się w upalne (hahaha jakby kiedyś miało być zimno 😆) dni. Jeśli chodzi o upały, to jedynym plusem było expresowe suszenie prania. Nie zdążyłam dobrze wywiesić wszystkich rzeczy, a już pierwsze były prawie suche.

 

Droga do „Deszczowego Lasu” 🌲🌴🌳

Po dwóch miesiącach od przylotu zdecydowaliśmy się pojechać do Narodowego Parku El Yunque, zwanego Deszczowym Lasem. Ale mieliśmy wycieczkę. Uwierzcie mi, jest niezapomniana 😉. Jechaliśmy ponad godzinę, ponieważ od nas z domu było 84 km. Szczęśliwi, że już jesteśmy prawie na miejscu, że pochodzimy sobie, pies również, z entuzjazmem wypatrywaliśmy naszego celu. Gdy już dojechaliśmy, wypakowaliśmy się z samochodu i ruszyliśmy przed siebie. Gdy już przeszliśmy spory kawałek od parkingu, nagle musiałam się wrócić z synem i poszukać jakiejś toalety. Reszta towarzystwa została i czekała na nas. Droga w poszukiwaniu toalety wydawała się nie mieć końca. Już nawet minęliśmy parking. Ale jednak udało się. Znaleźliśmy wc! Hurrra!!! Po załatwieniu sprawy skierowaliśmy się w stronę oczekujących na nas reszty towarzystwa.

 

 

I tutaj się zaczęło … . Jak myślicie? Co się zaczęło? Dla tych, co nie wiedzą już spieszę z wyjaśnieniem. Ano zaczęło kropić. My dzielnie ruszyliśmy do przodu, ale niestety nie udało nam się za daleko przejść, bo nie wiadomo kiedy i jak to się stało, jak lunęło, to nie zostało na nas ani jednej suchej nitki. Oni tam, my z 1 kilometr od nich 😉, tak mi się przynajmniej wydaje i do tego ja jeszcze miałam klucze od samochodu, więc wiadomo, że nie mogli się schować przed deszczem. Deszczem, haha delikatnie powiedziane. Gdy przestało lać, ale nadal padało, postanowiliśmy jednak do nich dołączyć. W sumie nic już nam gorszego stać się chyba nie mogło. Nie chcecie wiedzieć, jakie miny miała reszta w momencie gdy do nich podeszliśmy. Jak możecie się domyśleć, wycieczka jeszcze się nie zaczęła, a już musiała się skończyć, z powodu przemoknięcia do suchej nitki. Dzieciaki pozdejmowały ubrania. Mąż powyciskał z nich wodę i wróciliśmy do domu.

Co poniektórzy mądrzejsi, być może tubylcy, zabezpieczyli się i chodzili w kostiumach kąpielowych 😜. My niestety na to nie wpadliśmy, no bo przecież kto by pomyślał, że w Deszczowym Lesie nagle może zacząć padać deszcz 😂. No kto …, tylko tacy turyści jak my 😜. Niestety z tego też właśnie powodu nie mamy prawie żadnych zdjęć 😞.

 

Kilka zdjęć z Parku Gran Parque Agroturístico Ecológico Recreativo El Dorado możecie zobaczyć w Galerii Puerto Rico w Albumie Wielki Agroturystyczny Ekologiczny Park Rekreacyjny / Dorado.

 

Wasza,

Chwila dla Ciebie

 

 

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.