Moja Historia

Nieznany ląd

( Część 2 )

Tak jak wspomniałam, próg Irlandii przekroczyłam 24 grudnia. Środek zimy. Święta. A ja z malutkim dzieckiem z walizkami ubrana po uszy ląduję na obcej, nieznanej ziemi.

Jadąc z lotniska do mieszkania, które wynajął dla nas mąż, od razu rzuciła mi się w oczy różnica kulturowa. Szokiem było dla mnie to, a w szczególności dla mnie jako „matki polki”; w dodatku świeżej w tej dziedzinie; że niemowlęta nie mają na główkach czapeczek, mają gołe stópki i są bardzo lekko ubrane. Patrząc na mojego „bałwanka” pomyślałam sobie, że przecież tamto dziecko zaraz będzie chore. Niestety, nie był to jednorazowy szok. Z dnia na dzień przewijało się coraz więcej, w moim rozumowaniu, potencjalnie chorych niemowląt i dzieci (ale o tym innym razem).

Wracając do mojego przylotu. Początki nie były kolorowe i fajerwerków też nie było, ale tego to chyba można było się spodziewać. Po tygodniu przyszedł landlord (gospodarz mieszkania) i kazał nam się wyprowadzić, bo powiedział, że nie zgadza się, żeby mieszkało tu dziecko 😳. Do tej pory nie jestem w stanie zapomnieć naszej reakcji i tysiąca myśli przelatujących nam przez głowę: „co teraz”, „gdzie teraz będziemy mieszkać”… . Wspomnę jeszcze, że mieszkał z nami mój brat, który przyleciał kilka dni wcześniej przede mną.

Wyobraźcie sobie, że ni stąd, ni zowąd po drodze do pracy, mąż z bratem spotkali faceta, który okazał się naszym rodakiem, posiadającym wolny pokój do wynajęcia w domku, w którym mieszkał. Ze względu na fakt, że nie mieliśmy innego wyboru, przenieśliśmy się tam. Pokój katastrofa! Warunki w domu …, nawet nie będę wspominać. Grzyb na ścianie od podłogi do sufitu zasłonięty był jakąś dyktą, żeby nie było widać. Domek był w stanie bardziej niż opłakanym. Usiedliśmy na łóżku, na którym strach było siadać, już nie wspomnę o spaniu, i z tej bezsilności zaczęliśmy się śmiać. Pamiętam, jak śmialiśmy się, że przynajmniej codziennie będziemy mieli na obiad zupę grzybową, bo mamy tyle grzyba 😉. Teraz jak na to patrzę, to nie wiem, jak daliśmy radę to przetrwać. Wiem tylko, że pomimo tych trudności, jakie napotkaliśmy już w pierwszych dniach po przylocie, ani razu nie wspomnieliśmy, że podjęliśmy złą decyzję.

Po takim szoku, jaki doznaliśmy, wprowadzając się do tego domku, od razu zaczęliśmy intensywnie szukać mieszkania do wynajęcia. Chodziliśmy do każdego, jakie tylko pokazało się na stronie i było w zasięgu naszych finansów. Z jednego końca dzielnicy na drugi. W deszcz i wiatr. A jeśli chodzi o Irlandię, to deszcze wtedy padały non-stop i wiatr im dzielnie towarzyszył, prawie urywając głowy 💨. Po 2 tygodniach dotarliśmy do mieszkania, które było na tamtą chwilę nam przeznaczone. Przemoczeni do suchej nitki, z 1,5 rocznym dzieckiem w wózku, weszliśmy na drugie piętro, żeby obejrzeć mieszkanie. Szczerze, jakie by nie było, byśmy wzięli. Tylko w tamtych czasach to nie my decydowaliśmy, które chcemy, ale landlord wybierał komu wynajmie, a ludzi zainteresowanych było sporo. Dodatkowo trzeba było mieć zaświadczenie z pracy oraz referencje od poprzedniego landlorda, że jest się dobrym najemcą. Tylko skąd wziąć takie zaświadczenie, jak my dopiero przylecieliśmy i tułamy się z miejsca w miejsce? Zostawiliśmy to co mieliśmy, bo wtedy zostawiało się swoje dokumenty oraz nr telefonu i czekało na ten zbawienny dźwięk dzwonka i tę cudowną wiadomość: „ …proszę przyjechać do biura podpisać umowę najmu i odebrać klucze”. 

13 stycznia 2007 roku. Jeden z piękniejszych, co ja piszę, najpiękniejszy dzień na tej wyspie do tamtej pory. Podpisanie umowy i odbiór kluczy 😁! Jak możecie się domyślać, z przeprowadzką nie zwlekaliśmy długo. Tego samego dnia byliśmy już u „siebie” 😄. Nasze nowe mieszkanie w porównaniu do poprzednich wyglądało jak hotel! Czyste, pomalowane na jasne kolory ściany, panele podłogowe, wszystko czyste i w bardzo dobrym stanie. I w tym też oto mieszkaniu zagościliśmy na dłużej. Był to dom w zabudowie szeregowej, przerobiony na mieszkania na każdym piętrze i pizzerię na dole z wejściem od ulicy. Nie powiem, żeby to było wymarzone miejsce do życia, ale najlepsze co do tej pory nam się przytrafiło. Okazało się, że naszymi sąsiadami byli nasi rodacy i Włoch, który pracował wieczorami w tejże pizzerii. Już na początku odczuliśmy dyskomfort, jaki nas czekał. Ściany, które były z „papieru” były tutaj problemem, bo gdy nasz synek się bawił, sąsiad Włoch spał po pracy i wszystko mu przeszkadzało. A że był rodziną właścicielki, to staraliśmy się mu nie przeszkadzać, i mimo tego cieszyć się tym, co mamy. Z jednej strony nie ma się mu co dziwić, chłopak chciał się wyspać, ale z drugiej strony ja też nie zamknę dziecka w klatce, i nie powiem, żeby najlepiej się nie ruszał, bo sąsiad śpi i wszystko słyszy 🙃.

I tu zaczyna się kolejny etap. Etap adaptacji.

Wasza,

Chwila dla Ciebie

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.