Moja Historia

Początek

( Część 1 )

 

Jestem żoną, a także mamą czwórki wspaniałych dzieci + pies. W moim życiu dużo się dzieje i jest bardzo nieprzewidywalnie.

Kiedy byłam panną, myślałam (zapewne jak większość dziewczyn), że wyjdę za mąż, będę miała dwójkę dzieci (najlepiej chłopca i dziewczynkę), pracę i mieszkanie, rzecz jasna na kredyt. Z czasem może nawet uda nam się kupić działkę i wybudować dom, a potem żyć w nim długo i szczęśliwie, ale…

…ułożyło się inaczej. Owszem, nawet po części było, tak jak sobie zaplanowałam, ale tylko na początku. Będąc na studiach, zaczęłam pracować i podjęłam decyzję o usamodzielnieniu się. Kupiłam mieszkanie – na kredyt, a że było nowe, więc musiałam wszystko zrobić od podstaw. Pracowałam 7 dni w tygodniu po 13 godzin, na 2 zmiany jako hostessa na promocjach. Tam też poznałam swoją obecną przyjaciółkę Anię oraz wiele innych wartościowych osób, które odegrały swoją rolę w moim życiu. Niektóre z nich stały się bliskie memu sercu i są ze mną do dzisiaj, mimo odległości jakie nas dzielą, a jednocześnie łączą (Isia, Dorotka). Tak więc dni były długie, noce krótkie i tak przez prawie 5 lat. (Ten czas też kiedyś opiszę 😉)

W trakcie pojawił się „On”. „On” to znaczy mój przyszły małżonek. Gdy słyszałam pytanie o mój typ mężczyzny, zawsze odpowiadałam:

„Wysoki, dobrze zbudowany, z ciemną karnacją, brązowe oczy i czarne włosy. NIE będzie: pił alkoholu, palił papierosów ani miał żadnych innych nałogów. Taki będzie mój mąż”.

Mój wymarzony. Dokładnie taki, no prawie, z jednym małym defektem 😉 ma niebieskie oczy (a jak jest zmęczony, to zmieniają mu się na zielone 😳. Nie wiem, jak on to robi, ja mam cały czas taki sam kolor 😉). W gratisie dostałam jeszcze kilka ułatwiających wspólne życie cech, takich jak: zgodność w większości spraw, a co za tym idzie, z meblowaniem mieszkania nie ma problemu, co jest dla mnie niezmiernie ważne, ponieważ to ja spędzam w nim najwięcej czasu 😁. Poza tym obydwoje uwielbiamy góry⛰ i wypoczynek czynny, dzięki temu z wakacjami, też nie mamy problemu.

I wtedy wszystko się zaczęło.

Wyszłam za mąż, sprzedaliśmy mieszkanie (na kredyt) i przenieśliśmy się do kawalerki w centrum miasta na całe 17,66m2, które dostaliśmy od moich rodziców. Tak, tak. Dobrze widzicie. Całe 17,66m2. To nasze nowe lokum. Co prawda z prawie 50m2 na 17,66m2 ciężko jest się przenieść, ale w naszym przypadku jeszcze nie zdążyliśmy uzbierać za dużo rzeczy. Nie ma co płakać. Małe, ciasne a co najważniejsze bez kredytu! Można powiedzieć, że zaczynamy z czystą kartą. Zrobiliśmy remont. Umeblowaliśmy tak, żeby było w miarę funkcjonalne i wprowadziliśmy się do naszego „M”. Trzy miesiące później urodziłam pierwszego syna.

Powiem Wam, że żyło nam się całkiem dobrze. Mąż miał dobrą pracę, ja spełniałam się jako żona i matka; czego chcieć więcej.

Minął rok. Zadzwonił do mnie kolega, z którym wcześniej pracowałam na promocjach. Dawno się nie słyszeliśmy, więc było o czym rozmawiać. Dowiedziałam się, że mieszka w Irlandii i jest mu tam dobrze. Zapytał, czy nie chcielibyśmy się tam przenieść. Ja od razu powiedziałam, że odpada. Wiecie, jak to jest. Macie mieszkanie, dobrze płatną, stabilną pracę, rodzinę blisko i język, który się zna, to po co zmieniać? Był uparty. Dzwonił, namawiał. Mówił: „Pakuj chłopaków i przyjeżdżajcie”. Myślę sobie: „Jasne. Łatwo powiedzieć. Rzuć wszystko i jedź w ciemno, bez języka, kasy, w nieznane z małym dzieckiem. Wariat”. Nie dawał za wygraną. Stwierdziliśmy, że na wszelki wypadek, mąż zacznie uczyć się angielskiego, nie zaszkodzi mu. I tak jego namowy trwały pół roku.

Osobiście uważam, że nic nie dzieje się bez powodu. Wszystko ma swój cel (ale o tym innym razem).

Kolega zadzwonił po raz kolejny i to był jego triumfalny raz. Powiedział do męża: „Kupuj bilet, przyjeżdżaj w weekend, umówiłem Cię na rozmowę o pracę jako barman”. Decyzja była o tyle łatwiejsza, że firmę męża przejmowała inna firma i zmieniły się warunki wypowiedzenia. Natomiast z drugiej strony była trudna. Zmienić stanowisko kierownicze na barmana, w dodatku w obcym kraju, bez języka 🤔.

Kto podjąłby taką decyzję? Znacie kogoś takiego? Ja nie znałam, do tamtej chwili.

Powiedzieliśmy sobie: „Ok. Zróbmy to dla naszych dzieci. Niech mają łatwiejszy start”. Kupiliśmy bilet do Irlandii z dnia na dzień, na rozmowę o pracę, w dodatku bez znajomości języka, za połowę miesięcznej pensji i tylko na weekend.

Aż boję się pomyśleć, co teraz sobie myślicie, ale tak właśnie było.

Po 3 dniach pobytu mąż wrócił z informacją, że dostał pracę. Jak to możliwe? Widać możliwe. Jednak wtedy tego nie wiedziałam. Wyobraźcie sobie zdziwienie rodziny, kiedy się dowiedzieli, że się przeprowadzamy do Irlandii. Po powrocie mąż dał wypowiedzenie, spakował się i poleciał z powrotem. Ja z synkiem dolecieliśmy po 1,5 miesiąca, w Wigilię 24 grudnia 2006 roku.

Wtedy rozpoczęła się nasza podróż, która trwa do dzisiaj.

Wasza,

Chwila dla Ciebie

6 komentarzy

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.