Moja Historia

Podróży ciąg dalszy

( Część 8 )

Jak możecie się domyślać, noc nie była zbyt długa, jeśli o mnie chodzi. Po tak stresującej poprzedniej to teraz potrzebowałam z 24h, żeby odespać, ale czas gonił, grafik napięty. Trzeba było wstać, ogarnąć się i ruszać dalej w trasę. Przed nami, według Map Google, 13 godzin jazdy, nie licząc przystanków z dziećmi oczywiście. Zebraliśmy nasze klamoty, wpakowaliśmy się do naszej wspaniałej Zafiry 🚙; przyznam, że niezawodna była na nasze podróże; i podskoczyliśmy na szybkie śniadanko do Maka 🍔🍟 (czytaj: McDonald). Po wypełnieniu naszych brzuchów ruszyliśmy w trasę. Trzeba było nabrać trochę tempa, bo perspektywa dotarcia do celu po północy, nie była za fajna. Sama jazda samochodem przez cały dzień, z trójką małych dzieci, z torbami zapakowanymi pod sam sufit, że ledwo było czym oddychać 😉, i jeszcze ja z brzuchem jak balon przed sobą, bo byłam w ósmym miesiącu ciąży 🤰, przyprawiała o mdłości. Całe szczęście, że ich nie miałam, bo dopiero by było ciekawie. Tym bardziej że tak jak już Wam wspomniałam w poprzednim poście „Prom”, samochód ZAWSZE prowadzę ja. A tym bardziej w ciąży!!! Mówię Wam, jeśli nie, to pierwszy kilometr i już bym miała skurcze. Nie dla mnie takie atrakcje, wolę sama sobie je fundować, jeśli już 😜.

Droga przebiegała dość sprawnie. Bez większych zakłóceń. Dzieci również współpracowały, więc zaoszczędziliśmy trochę czasu. Dobrze, że sporą część drogi mieliśmy przez Niemcy, bo tam mogłam trochę przyspieszyć. Mimo tego, że jechaliśmy, sprawdzając możliwości auta 😉, to i tak czuliśmy się, jakbyśmy jechali traktorem 🚜, a czasami to nawet i rowerem 🚲, tacy agenci tam jeżdżą. Można by było pomyśleć, czy przypadkiem nie trafiliśmy na tor Formuły 1 🏎. Naprawdę. Jechaliśmy najwolniejszym pasem średnio 150 km/h, a lewym co chwila jakaś rakieta 🚀 przemykała w takim tempie, że nawet nie byliśmy w stanie zobaczyć, jaka to marka samochodu. Mówię Wam wariaci 😵. Dla rozrywki zaczęliśmy odliczać, za ile zniknie nam z pola widzenia. Nie chcecie wiedzieć, do ilu zdążyliśmy policzyć 😱.

Naszym pierwszym przystankiem był Wiedeń. Na miejsce dotarliśmy, jak już było ciemno. Całe szczęście, że obeszło się bez żadnych atrakcji po drodze. W domu czekała już na nas moja siostra Martusia z córkami, później dołączył jeszcze szwagier, który wrócił z pracy. U siostry spędziliśmy 2 dni. Odpoczęliśmy trochę, ja wreszcie odespałam, nie zrywając się, bo musimy jechać dalej.  Pojechaliśmy z dziećmi na słynne wesołe miasteczko w Wiedniu, które nazywa się Prater 🎡🎢🎠. Miały dużo radochy po tak długiej podróży, a nam miło było patrzeć, jak bardzo się cieszą 😍.

Po wspaniałych dwóch dniach wygodnego siedzenia w fotelu trzeba było zapakować swoje cztery litery wraz z balonem do niezbyt wielkiego fotela w samochodzie i ruszyć dalej przed siebie. Miejscem docelowym była Polska, dokładnie Warszawa, a jeszcze dokładniej ślub naszej siostry Karolci 👰🤵, mojej wybawczyni, o której już wcześniej wspominałam.  Jak sami widzicie termin określony, przełożyć się nie da 😉. 

Tym razem jechaliśmy na dwa samochody. Wyruszyliśmy koło północy, żeby lepiej się jechało i żebyśmy rano już byli na miejscu. Ale jak już wiecie, u nas nie może być spokojnie, bo przecież za nudno by było, no nie?! Na początku nawet nie było tak źle. Jechało się całkiem dobrze. Przejechaliśmy Austrię 🇦🇹, przejechaliśmy Czechy 🇨🇿, no i wjechaliśmy do kraju, a to oznacza… że nie będzie lekko moi Drodzy. Za dobrze by było, żeby tak gładko nam podróż minęła. To nie w „naszym stylu” 😉.

To prawda. Łudziliśmy się, że i ten odcinek drogi będzie łatwy, no bo przecież mamy piękną autostradę A1 🛣, więc dlaczego miałoby być inaczej, no tak?! Super, jedziemy sobie przez Polskę, podjeżdżamy pod bramki, żeby kupić bilet 🧾, no bo autostrada płatna. Nowa, piękna, to i płatna. No trzeba jakoś koszty sobie zwrócić, rozumiem. My mamy wygodę, oni zwrot kosztów. Niech im tam będzie. Kupiliśmy te bilety i ruszamy dalej. Hurrraa!!! Teraz to już z górki! Niecałe pięć godzin i będziemy na miejscu, oczywiście według Map Google 😉. Nagle, po kilku kilometrach wyrósł przed nami znak ze zwężeniem drogi. Ups. Nieciekawie się robi. Jedziemy dalej, za następnych kilka kilometrów doznaliśmy szoku 😵. Poczuliśmy się nagle jak w tej bajce „Alicja po drugiej stronie lustra”. Dosłownie. Z nowej pięknej autostrady, przenieśliśmy się na plac budowy. Wyobraźcie sobie. Wyruszacie w drogę, zapakowani po sufit, przejeżdżając kolejne kraje, nagle wjeżdżacie do swojego kraju z nadzieją na szybką podróż, bo macie nowo otwartą autostradę, dodam, że płatną i to niemało, kupujecie bilet i ruszacie dalej, w miarę pustą drogą, bo to wczesna pora, jakaś 4.00 nad ranem, a tu nagle macie atak serca 💔. Prędkość na liczniku zaczyna powoli spadać, bo już zaczęły się ograniczenia w ruchu drogowym, ale ok. Nie jest tak źle. Poruszamy się do przodu, a to dobry znak 😉. Za kolejnych kilka kilometrów, kolejne ograniczenia. Teraz to już przesadzili. Nie dość, że wybudowali autostradę, za którą biorą kupę kasy, żeby przez nią przejechać, to w dodatku, nie zdążysz się dobrze rozpędzić, a już stoisz w korku. Nagle z drogi szybkiego ruchu, poruszasz się jednym pasem, prędkością 30 km/h, czasem z postojem, tacy są wyrozumiali, dbają o odpoczynek kierowców, żeby przypadkiem nie zasnęli za kierownicą. Taki gratis w cenie biletu 😜. Gdybym wiedziała, że mają czas promocji, to wybralibyśmy inną drogę. Nie zależało nam na promocjach w tamtym czasie 😉. Dodatkowo w cenie mieliśmy jeszcze zwiedzanie okolicznych miejscowości. Nie wiem jakim cudem znaleźliśmy się, Kochani, w Sosnowcu. Do tego zgubiliśmy się z siostrą i musieliśmy się szukać telefonicznie w tym całym bałaganie. Dobrze, że chociaż zasięg był i jakoś po niezapowiedzianej wycieczce krajoznawczej, udało nam się znowu razem spotkać i dalszą część podróży kontynuować razem. Całe szczęście już do samej Warszawy, do której zamiast dotrzeć nad ranem w okolicach 8.00-9.00, to dotarliśmy w południe. Cali, zdrowi i bez odbierania porodu po drodze 😉.

Ślub odbył się bez opóźnień, w przeciwieństwie do naszego przyjazdu, ale i tak udało nam się wszystko zorganizować na czas. Na weselu się wytańczyłam, oj przepraszam, wytańczyliśmy, bo jakby nie było, wciąż tworzyliśmy duet 2 w 1 🤭.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Zurych, w którym akurat odbywała się Parada, Lucernę, a także Belgię. Udało mi się odzyskać kilka zdjęć, które możecie zobaczyć w Galerii.

 

Do domu w Irlandii też wróciliśmy jeszcze w jednym kawałku, ale niedługo zostałam już „singielką” 😍. 

 

Wasza,

Chwila dla Ciebie

4 komentarze

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.