Moja Historia

Radość kontra Rozczarowanie

( Część 4 b )

 

Szczęśliwa z nowego nabytku pojechałam do Polski. Chodząc po sklepach, znalazłam piękne meble do naszego nowego mieszkania. Byłam tak nimi zachwycona, że zrobiłam zdjęcie i wysłałam mężowi, co on na to? Na szczęście, jemu też się spodobały. Tak jak wspomniałam w pierwszym wpisie, ta dodatkowa cecha tutaj pomogła 😉. Od razu zamówiłam meble i zorganizowałam dostawę do Dublina. Moja radość była ogromna 😄. Trochę musieliśmy poczekać, bo meble szły aż z Malezji. Też nam się zachciało, no raczej mi, ale uważam, że było warto. A dlaczego? Już wyjaśniam. Wszyscy w Irlandii mieli meble w bardzo podobnym stylu. Bo skąd niby mieli je brać. Z Irlandii bądź z Anglii. Dlatego ja chciałam mieć inaczej niż wszyscy i kupiłam sobie meble w Polsce, ale z Malezji 😜. A co! Poza tym meblowanie mieszkania zawsze sprawia mi dużo przyjemności, dlatego też raz na jakiś czas, lubię coś poprzestawiać z miejsca w miejsce, żeby wyglądało inaczej. To trochę tak jakbym meblowała na nowo 🤭. 

W naszym własnym nowym mieszkaniu czuliśmy się cudownie. Wreszcie u siebie, spokój, nikt nie narzeka, spokojne osiedle, nowe szkoły. Wszystko super. Do czasu. Nadeszła pora zimowa, bo zimą to ciężko było nazwać, chyba że kalendarzową. O przepraszam! Druga rzecz, która przemawiała za tym, że to może być zima, to słynne wiatry, które w tamtym czasie wiały non-stop, co powodowało wychładzanie mieszkań. Nie, żeby było jakoś specjalnie zimno, po prostu mieszkania standardowo były budowane z „papieru”. I to był czas, kiedy zaczęliśmy poznawać drugą stronę medalu naszego wymarzonego „M”.

Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, pierwszym problemem w mieszkaniu okazała się mokra ściana między łazienką a przedpokojem na górze. Problem na szczęście okazał się błahy. Złe podłączenie rur, ale naprawione. Uff. Problem z głowy. Teraz czas na kolejny. Bo jakby mogło być inaczej. Zaczęły się wiatry. I to nie takie lekkie podmuchy jakoby się niektórym wydawało, ale takie konkretne. Standardowe to osiągały 25-30 km/h tam, gdzie my mieszkaliśmy. A my jeszcze kupiliśmy sobie mieszkanie na wprost górki, żeby z sąsiadem niekoniecznie sobie rękę przez okno podawać 😉. Myśleliśmy sobie: „Piękny widok mamy. Budynki w oddali, tylko zielona górka przed oknami”. Szczerze. Widok prawie wymarzony w dzisiejszych czasach. Nawet jakby wytężyć wzrok to i góry można by zobaczyć w oddali przy ładnej pogodzie. Ale akurat ta piękna przestrzeń była najlepszą drogą dla wiatrów, aby swobodnie sobie wiały prosto w nasze dziurawe okna, w szczególności jak towarzyszył im deszcz. Wtedy nie dość, że szybko wychładzało nam się mieszkanie, to jeszcze mieliśmy mokre ściany, bo fachowcy zapomnieli zakleić dziury i cały ten deszcz wlatywał nam do mieszkania.

Najgorsze dopiero przed nami. Im wiatr stawał się coraz silniejszy, nasz dach zaczynał skrzypieć. I to nie w jednym miejscu, ale po całości mieszkania. Słychać go było wszędzie. Do tego był na tyle głośny, że budził dzieci w nocy. Wieczorami można było wyobrazić sobie, że jest się w jakimś starym domu i chodzi się po starej podłodze z desek. (Tutaj powinna teraz w tle zacząć lecieć jakaś dramatyczna muzyka, żebyście lepiej wczuli się w scenę 😉). A teraz wyobraźcie sobie: stary opuszczony dom. Jest późny wieczór. Wchodzicie do tego domu i pierwsze kroki, jakie stawiacie, od razu wywołują na waszym ciele gęsią skórkę. A dlaczego? Bo każdy Wasz krok postawiony na starej drewnianej podłodze wydaje straszny skrzypiący dźwięk, a dookoła zwisają pajęczyny i wszędzie unosi się kurz. Nagle nie wiadomo skąd wylatuje jakiś nietoperz, gdzieś zza okna słychać sowę. Macie to? Tym, którym się udało, gratuluję! Poczuliście się jak byście byli u nas w domu 😆. Przypomnę, że w nowo wybudowanym domu, gdyby ktoś zapomniał, to mieszkaliśmy w nim dopiero ok 3 miesięcy. Dla dodania efektów specjalnych podczas ogrzewania mieszkania zaczęło coś pukać i stukać w ścianach, a gdyby tego komuś było mało, to podczas odkręcania wody w łazience również pukało coś w rurach. Full wypas!

Irlandzcy fachowcy, specjaliści i inżynierowie po swoich debatach, wycinaniu dziur w sufitach, chodzeniu po naszym dachu, zaklejaniu tych dziur i wycinaniu następnych, gdzie za każdym razem mówili, że zrobią tak, że będzie wyglądało, jak nowe 😂😂😂😂. Dobre sobie. Nie uwierzycie!!! Stwierdzili, że wszystko jest zrobione według ich norm i nic z tym już nie da się zrobić. Normalnie ręce opadają 🤦‍♀️. Myślałam, że wybuchnę, jak to usłyszałam. Nie dość, że przepłaciliśmy, podwójnie po tylu wyrzeczeniach za mieszkanie z „papieru” to jeszcze pan specjalista twierdzi, że wszystko jest w porządku. Na szczęście na tej budowie pracował przesympatyczny pan, który już odliczał dni do emerytury i chyba Pan Bóg go do nas skierował. Jako jedyny pomyślał i powstawiał jakieś belki w tym dachu i coś nie coś dało się zniwelować tego hałasu. Dzięki temu panu również przestała nam lecieć woda po ścianach, gdy padał deszcz, aż parapet nam napuchł, bo oczywiście był z „papieru” 🤷‍♀️. 

Tutaj możecie zobaczyć zdjęcia, jakie udało mi się znaleźć z tych „cudownych” napraw:

 

 

 

Architekt też niespecjalnie się wykazał. Wchodząc do mieszkania, na dole była sypialnia rodziców a na górze reszta mieszkania. A teraz najlepsze! Domofon był jeden na dwa piętra. Zgadniecie na którym? 🤔 Na dole!!!! Komu jest potrzebny domofon na dole, kiedy całe życie toczy się na górze, ja się pytam?! Wyobraźcie sobie teraz dzieci bawiące się na podwórku, a mam ich czwórkę i co chwila stoją przy domofonie i dzwonią, bo temu chce się pić, drugiemu, jeść, trzeciemu siku, czwartemu coś tam jeszcze…. i tak w kółko. Oszaleć można było 😫.

Na zakończenie dodam jeszcze, że dach przebiła umywalka w łazience na dole. Ten fachowiec, który ją montował, powinien dostać medal 🥇za zamontowanie rury odprowadzającej wodę z umywalki. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was wpadłby na pomysł, żeby założyć szerszą część rury na górze a węższą na dole i w dodatku bez żadnego silikonu? Jak dla mnie, Mistrz nad Mistrzami!!! Szkoda tylko, że swoim talentem pochwalił się w naszym mieszkaniu 😉.

Oprócz dachu te i inne rzeczy z czasem dało radę jakoś naprawić bądź trochę zniwelować niedogodności. Dach niestety został taki, jak go pozostawił pan emeryt, ale dobra wiadomość jest taka, że pogoda w Irlandii się zmienia na lepszą, więc dach nie będzie już takim utrapieniem dla kolejnego lokatora. Jedyne co pozostało do naprawy to spore szpary w drzwiach wejściowych, a jest ich aż dwie sztuki (góra i dół), ale na szczęście to już nie nasz problem.

Teraz jak o tym pomyślę, to nie wiem, co było większe. Nasze rozczarowanie, czy ta radość, o którą tak dzielnie walczyliśmy i wylewaliśmy „siódme poty”. 

 

Wasza,

Chwila dla Ciebie

3 komentarze

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.