Moja Historia

Witaj Puerto Rico!

Część 40 )

 

Lot do Puerto Rico mieliśmy z przesiadką w Nowym Jorku. Niestety nie mieliśmy czasu na to, żeby cokolwiek zobaczyć, ale co się odwlecze to nie uciecze, jak to się mówi. Podróż mieliśmy udaną. Dolecieliśmy bez większych przeszkód. Amerykańscy strażnicy też byli całkiem mili 😉.

 

 

Wylądowaliśmy o 20:26. Z lotniska odebrał nas szofer z Ritz-Carlton Dorado, pięknym, dużym, czarnym Lincolnem Escalade. Samochód olbrzymi, ale jak się okazało i tak za mały na naszą rodzinę 😉. Ciężko było poupychać wszystkie torby do samochodu. Niestety niektórzy musieli mieć walizki pod nogami, żebyśmy mogli się zmieścić. Dobrze, że pies z budą z nimi nie leciał, bo szans już byśmy nie mieli się pomieścić.

 

To tylko część 😉

 

Podróż była długa i cieszę się, że mężowi udało się rozłożyć łóżka, bo nie ukrywam, że jakby miało nam jeszcze przyjść skręcać je do spania, to nie byłoby za ciekawie. Sam widok tych wszystkich pudeł nierozpakowanych, jaki na mnie czekał, był przerażający, a już o skręcaniu mebli nawet nie chciałam myśleć. Na pierwszym miejscu trzeba było zrobić oczywiście jakieś zakupy do domu i zacząć powoli funkcjonować. Po dwóch dniach doleciał do nas pies. Powiem Wam, że nasz Kodi, obraził się na nas. Przez całe 3 dni leżał na swoim posłaniu i wychodził tylko na toaletę. Nawet nie chciał się bawić. Całe szczęście, że trwało to tylko 3 dni, bo przyznam, że jakoś tak dziwnie było „bez” niego.

 

 

Pierwsze dni oczywiście musiały być uhonorowane spacerkami na przydomową plażę, którą zresztą widzieliśmy z okien naszego domu. Można by rzec, że taka nasza prawie prywatna plaża, bo prawie nigdy tam nikogo nie było. Nie była to jakaś olbrzymia plaża, ale koło domu i prawie na wyłączność.

 

Nasza prawie prywatna plaża 😉

 

Widok z tarasu 

Dobrze, że chociaż samochód już mieliśmy kupiony, to jeden problem z głowy. Rozpakowywanie trochę mi zajęło, bo w międzyczasie musiałam jeszcze dzieci do szkoły zawozić, męża do pracy, odbierać każdego o innej godzinie, zakupy zrobić, obiad ugotować, z psem na spacer wyjść i jeszcze pudła patrzyły na mnie proszącym wzrokiem, aby wreszcie je rozpakować. 

 

Standardowo przy każdej przeprowadzce, zawsze sprzątam mieszkanie po swojemu. Takie mam „hobby”. Nie wyobrażam sobie wejść, rozpakować się i mieszkać. U mnie wszystko musi być wysprzątane przeze mnie, bo wtedy wiem, że mam czysto i mogę normalnie funkcjonować. Takie upośledzenie 😉. A że dość często się przenosimy, to trochę takiego gruntownego sprzątania mam. Nie wspominając o tym, że jak się wyprowadzamy, to również tak samo sprzątamy. No cóż, taki defekt 😉.

 

Nasza plaża 🥰

Od razu poznaliśmy najbliższych sąsiadów. Giselle, dziewczynę, która pracowała z moim mężem w hotelu i Michaela, sąsiada z naprzeciwka. Giselle ma trzy córki, z którymi nasze dzieci się bawiły. Dobrze, że wszystkie znają dobrze język angielski, to i łatwiej im było się porozumieć. Przynajmniej się nie nudziły, a przy okazji kontynuowali naukę angielskiego. Co prawda na tamten czas ważniejszy był hiszpański, który jest językiem urzędowym w Puerto Rico.  

I tak pierwszy miesiąc minął nam na zapoznawaniu się i odkrywaniu otoczenia.

 

Wasza

Chwila dla Ciebie

 

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.